niedziela, 3 maja 2015

Rozdział XIV

Dziennik Solisa, 15 maja (czwartek)
   - Cześć! – zawołałem z uśmiechem jak tylko zobaczyłem Lunę. Od dzisiaj, aż do końca festiwalu będzie nam pomagać.
   - Cześć. – odpowiedziała ziewając.
   - Widzę, że się nie wyspałaś. Co robiłaś w nocy? – zapytałem lekko chichocząc.
   - Czytałam – powiedziała przecierając oczy, po czym spytała – To co mam robić?
   - Tak w sumie to nie wiemy. Teoretycznie mamy już wszystko ustalone. – oznajmiła Cassidy – Choć uważam, że przydałaby się jeszcze jedna lub dwie osoby do oprowadzania.
   - Rzeczywiście, jednak szkołę mają reprezentować prawdziwe anioły. – wtrącił się Domin.
   - Prawdziwe anioły? – powtórzyła nie rozumiejąc Luna.
   -Tak. – odpowiedział spoglądając na nią pogardliwie na co się wzdrygnąłem.
   - Chodzi mu o anioły należące do szlachty. Domin uważa, że aniołami są tylko Ci, którzy są spokrewnieni z archaniołami. – wyjaśniłem poirytowanym szeptem.
   - Aha. Ty też tak uważasz? – spytała ostrożnie.
   - Nie! – zaprzeczyłem gwałtownie – Może i jestem szlachcicem, ale nie uważam się za lepszego od innych. – zabolało, że mogła chociażby o tym pomyśleć.
   - Przepraszam.

Na chwilę zapadła niezręczna cisza. Żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć i czuliśmy się trochę głupio.
   - A gdzie Cahil? – zapytała, by przerwać milczenie.
   - Ma spotkanie z radą uczniowską. – odparłem trochę za szorstko, ale to co powiedziała nie było miłe – Mimo zdania Domina poszedł poprosić o jeszcze dwie osoby do oprowadzania.
   - Nie wiesz może, dlaczego dyrektor mnie tutaj przysłał?
   - Nie. – odpowiedziałem szybko zapominając o gniewie - Nie mam zielonego pojęcia, ale dodatkowa pomoc zawsze się przyda.
Skłamałem. Prawda jest taka, że to ja poprosiłem o to dyrektora. Wydawał się być dziwnie zadowolony, gdy spytałem, czy może to być Luna. Zauważyłem to już ostatnim razem, ale gdy dyrcio mówi o Lunie to jego głos staje się cieplejszy. Nie zawracam sobie tym szczególnie głowy. Trochę szkoda mi czasu na domysły, ale trochę mnie to interesuję.
   - Nie zgodzę się z tobą. – wtrącił się Domin – W trójkę sobie świetnie radzimy.
   - Domin, błagam cię… - zaczęła Cassidy – Dobrze wiesz, że to nie prawda. Kiedy do ciebie dotrze, że przodkowie o niczym nie świadczą?
   - Historia jest ważna, tak samo jak dziedzictwo. – żachnął się Domin.
   - Owszem, ale nikt nam nie każe traktować z góry innych. – dalej spierała się Cassidy. – Co ty o tym myślisz, Luna?
   - Ja… ehm… uważam, to znaczy… - zaczęła się jąkać – myślę, że najważniejsze jest to jacy my jesteśmy.
   - Phi – prychnął Domin z pogardą, co mnie troszkę zirytowało.
   - Ja uważam, że masz rację – powiedziałem do Luny.
   - Ja również. – dodała Cassidy, a Luna spuściła wzrok lekko zakłopotana.
   - Nie wierzę. – odezwał się po chwili Domin – Co ty w ogóle możesz o tym wiedzieć? – zwrócił się do Luny – Ze wszystkich aniołów w tej szkole ty jesteś najmniej anielska. To niewiarygodne, że słuchacie czarnowłosego dziwoląga.
To było za wiele. Teraz byłem wściekły.
   - Zdajesz sobie sprawę, że archaniołowie wcale nie gardzili zwykłymi aniołami? – zacząłem gniewnym tonem - Inaczej pewnie nie zostaliby archaniołami. Ważne jest by być dumnym z rodziny i bronić jej honoru, ale ty jesteś po prostu zarozumiały. – nie mogłem w to uwierzyć. Jak on w ogóle śmiał. Domin gapił się na mnie zdziwiony moim nagłym wybuchem i daję słowo, że gdyby Cahil nagle nie przyszedł i nam nie przerwał, to w tej chwili Domin szedłby do pielęgniarki z krwawiącym nosem.
   - Uspokójcie się wszyscy. – odezwał się Cahil. – Rada Uczniowska podjęła już decyzję odnośnie dodatkowych osób.
   - I co? – spytała Cassidy. Widać, że koniecznie nie chce wracać do naszej… dyskusji.
   - Zgodzili się ze mną, że mamy za mało osób, ale nie mogą nam dać nikogo dodatkowego.
   - Super – przerwałem mu. Nadal byłem zły, a to nie poprawiło mi humoru.
   - Zaczekaj i daj mi skończyć. Nie jest tak źle jakby się mogło wydawać. Jest nawet lepiej niż przypuszczaliśmy, przynajmniej moim zdaniem. – uśmiechnął się szeroko.
   - To znaczy? – spytała zaintrygowana Cassidy.
   - Ja i Luna również będziemy oprowadzać oraz mamy ogólnie pomóc również w prowadzeniu całej imprezy, a nie tylko organizacji.
   - CO?! – wykrzyknęła nagle Luna, która milczała do tej pory, a ja podskoczyłem zaskoczony.
   - To co słyszysz. – odparł nadal uśmiechnięty Cahil.
   - To super! – wykrzyknęła Cassidy – Już mnie męczyło, że pracuję  z samymi chłopakami. – dodała wskazując na mnie, Cahila i Domina.
   - Hej, nie jesteśmy wcale złym towarzystwem – bronił się Cahil z oburzoną miną.
   - Czekajcie, a ja mam coś do powiedzenia? Nie chcę. – wtrąciła się Luna i dodała pośpiesznie - Bez obrazy, nie mam nic przeciwko wam, ale nie lubię być w centrum uwagi.
   - Luna, naprawdę potrzebujemy pomocy. – zareagowałem szybko patrząc jej w oczy. – Nie ma nikogo innego po za tobą i Cahilem. To jak?
   - Ale… - zaczęła kręcąc głową.
   - Luna, zgódź się, błagam. Wiesz jak ciężko mi pracować z samymi chłopakami? Oni nic nie biorą na poważnie! – naciskała żaląc się Cassidy.
   - To nieprawda! – zaprzeczył szybko Cahil – Ale i tak potrzebujemy twojej pomocy.
   - Ja nawet nie wiem co miałabym robić. – odparła Luna dalej szukając argumentów.
   - Ja ci wszystko mogę wytłumaczyć. - zaoferowałem jej na co w odpowiedzi zgromiła mnie wzrokiem. Nie mogłem się nie uśmiechnąć.
   - Jeśli nie chce to jej nie zmuszajcie. – wtrącił się Domin. – Uważam, że nie powinna tego robić. Ludzie będą niezadowoleni, że tak ważne wydarzenie prowadzi taki dziw…
   - Siedź cicho, Domin – warknąłem  nie dając mu skończyć, po czym zwróciłem się do Luny już normalnym tonem – Wszystko będzie ok., jasne? Nikt nie będzie nic mówił. I nie jesteś dziwolągiem. – mówiąc ostatnie zdanie spojrzałem na Domina ostrzegawczo, bo już otwierał usta, aby coś powiedzieć.
Luna patrzyła przenosząc wzrok na każdego z nas po kolei z wyjątkiem Domina. Jeszcze przez krótki czas szukała argumentów, co chwila otwierając usta i je zamykając. Ja, Cassidy i Cahil tylko się uśmiechaliśmy wyczekująco. Po cichu wiedziałem, że już ją przekonaliśmy.
   - Ale na scenie będę tylko stała i nic nie mówiła.
   - Nie no, coś musisz powiedzieć, ale możemy się umówić, że na ceremonii otwarcia powiesz maksymalnie pięć zdań. Co ty na to? – zaproponowała Cassidy.
   - Niech będzie. Zgoda. – ustąpiła Luna po chwili wahania.
Wszyscy (z wyjątkiem Domina) krzyknęli z radości. Potem zaczęliśmy przerabiać scenariusz, by pozamieniać lub dodać do niego kilka kwestii tak, aby Luna i Cahil też coś mówili. Zgodnie z umową Luna miała tylko pięć zdań do powiedzenia. Domin cały czas rzucał mi lub Lunie gniewne spojrzenia, jednak ja go ignorowałem. Luna też próbowała lecz kilka razy zdarzyło jej się skulić, choć pewnie tylko ja to zauważyłem.
Skończyliśmy po szesnastej. Byliśmy trochę zmęczeni, więc ustaliłem z Luną, że spotkamy się jutro, by kontynuować przygotowania do czerwcowego zadania. Już się ze mną żegnała, ale ja postanowiłem ją odprowadzić. Nie protestowała.
   - Masz nam za złe, że zmusiliśmy cię do wystąpienia? – spytałem, gdy już wyszliśmy z auli.
   - Miałam, ale potem zdecydowałam, że będę się na was gniewać, gdy coś pójdzie nie tak. – oznajmiła po chwili zastanowienia.
   - Wszystko pójdzie gładko. Obiecać nie mogę, ale jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. – zapewniłem.
I tak szliśmy w milczeniu, jednak nie była to krępująca cisza. Tylko odprężająca. Co jakiś czas zerkałem ukradkiem na Lunę, jednak ona również nie wyglądała na skrępowaną. Szedłem obok niej uśmiechając się. Nic nie mogę na to poradzić. Zawsze, gdy jestem obok niej to czuję  w środku radość.
Jednak zawsze, gdy jestem z Luną  coś się musi stać i tym razem również spokój był tylko przez chwilę.
Na drzwiach Luny wisiała kartka i na pewno nie była ona miła.
„BEZSKRZYDŁE DZIWADŁO”
Gapiłem się w to szeroko otwartymi oczami, ale Luna tylko westchnęła. Podeszła do drzwi, zerwała kartkę i zgniotła w kulkę.
   - Dlaczego nie jesteś wściekła? – spytałem zdziwiony i zdenerwowany.
   - To nie pierwszy raz. Średnio dwa razy w tygodniu znajduję coś takiego. Nic niezwykłego. – odparła jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
   - Dlaczego?
Popatrzyła na mnie nie rozumiejąc czemu  o to pytam. Po czym odpowiedziała.
   - Mam indywidualne lekcje latania i MA, a do tego czarne włosy. To oczywiste, że niektórym się to nie podoba.
   - Mówiłaś o tym dyrektorowi, albo nauczycielom?
   - Po co? Nawet nie wiem kto to wywiesza. Po za tym to tylko kartki. Wystarczy je wyrzucić.
   - Zbyt spokojnie to przyjmujesz. – powiedziałem. Nie rozumiem dlaczego nie próbuje czegoś z tym zrobić. Ona tylko wzruszyła ramionami.
   - Zostaw to Solis. Mi naprawdę to nie przeszkadza. Piszą po prostu co myślą. Nigdy nie pokazałam nikomu skrzydeł, więc to oczywiste, że pojawiły się jakieś plotki.
   - Nigdy nie pokazałaś nikomu skrzydeł? Dlaczego? – spytałem zszokowany. Są  anioły, które rzadko kiedy odkrywają skrzydła, ale czasem trzeba to zrobić. Nigdy nie widziałem jej, ale nie sądziłem, że to możliwe, by nikt ich nie widział.
   - Tak jakoś wyszło. – czułem, że mnie zbywa. Miała zakłopotaną minę, jakby powiedziała coś czego nie powinna. – Czyli spotykamy się jutro w bibliotece?
   - Tak. – odpowiedziałem dalej pilnie jej się przyglądając.
   - To cześć.
   - Na razie.
Otworzyła drzwi i zniknęła w pokoju.

4 komentarze:

  1. tekst jest świetny, jestem pod mega wrażeniem. wygląd bloga również jest okej. pozdrawiam
    daryyl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny blog, będę tutaj jeszcze zaglądać. Tekst ciekawy. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny blog! :)

    Zapraszam do siebie, dopiero zaczynam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakie fajne króciutkie rozdziały i piękny wygląd bloga *.*
    Zaintrygowałaś mnie *.*
    Jak najdzybciej zabieram się do nadrobienia każdego rozdziału ;*
    Weny :*
    i zapraszam do mnie : http://coraciemnosci.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń