Dziennik Solisa, 15 maja
(czwartek)
- Cześć! – zawołałem z uśmiechem jak tylko
zobaczyłem Lunę. Od dzisiaj, aż do końca festiwalu będzie nam pomagać.
- Cześć. – odpowiedziała ziewając.
- Widzę, że się nie wyspałaś. Co robiłaś w
nocy? – zapytałem lekko chichocząc.
- Czytałam – powiedziała przecierając oczy,
po czym spytała – To co mam robić?
- Tak w sumie to nie wiemy. Teoretycznie
mamy już wszystko ustalone. – oznajmiła Cassidy – Choć uważam, że przydałaby
się jeszcze jedna lub dwie osoby do oprowadzania.
- Rzeczywiście, jednak szkołę mają
reprezentować prawdziwe anioły. – wtrącił się Domin.
- Prawdziwe anioły? – powtórzyła nie
rozumiejąc Luna.
-Tak. – odpowiedział spoglądając na nią pogardliwie
na co się wzdrygnąłem.
- Chodzi mu o anioły należące do szlachty.
Domin uważa, że aniołami są tylko Ci, którzy są spokrewnieni z archaniołami. –
wyjaśniłem poirytowanym szeptem.
- Aha. Ty też tak uważasz? – spytała ostrożnie.
- Nie! – zaprzeczyłem gwałtownie – Może i
jestem szlachcicem, ale nie uważam się za lepszego od innych. – zabolało, że
mogła chociażby o tym pomyśleć.
- Przepraszam.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza. Żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć i czuliśmy się trochę głupio.
- A gdzie Cahil? – zapytała, by przerwać
milczenie.
- Ma spotkanie z radą uczniowską. – odparłem
trochę za szorstko, ale to co powiedziała nie było miłe – Mimo zdania Domina
poszedł poprosić o jeszcze dwie osoby do oprowadzania.
- Nie wiesz może, dlaczego dyrektor mnie
tutaj przysłał?
- Nie. – odpowiedziałem szybko zapominając o
gniewie - Nie mam zielonego pojęcia, ale dodatkowa pomoc zawsze się przyda.
Skłamałem. Prawda
jest taka, że to ja poprosiłem o to dyrektora. Wydawał się być dziwnie
zadowolony, gdy spytałem, czy może to być Luna. Zauważyłem to już ostatnim
razem, ale gdy dyrcio mówi o Lunie to jego głos staje się cieplejszy. Nie
zawracam sobie tym szczególnie głowy. Trochę szkoda mi czasu na domysły, ale
trochę mnie to interesuję.
- Nie zgodzę się z tobą. – wtrącił się Domin
– W trójkę sobie świetnie radzimy.
- Domin, błagam cię… - zaczęła Cassidy –
Dobrze wiesz, że to nie prawda. Kiedy do ciebie dotrze, że przodkowie o niczym
nie świadczą?
- Historia jest ważna, tak samo jak
dziedzictwo. – żachnął się Domin.
-
Owszem, ale nikt nam nie każe traktować z góry innych. – dalej spierała się
Cassidy. – Co ty o tym myślisz, Luna?
- Ja… ehm… uważam, to znaczy… - zaczęła się
jąkać – myślę, że najważniejsze jest to jacy my jesteśmy.
- Phi – prychnął Domin z pogardą, co mnie
troszkę zirytowało.
- Ja uważam, że masz rację – powiedziałem do
Luny.
- Ja również. – dodała Cassidy, a Luna
spuściła wzrok lekko zakłopotana.
- Nie wierzę. – odezwał się po chwili Domin –
Co ty w ogóle możesz o tym wiedzieć? – zwrócił się do Luny – Ze wszystkich
aniołów w tej szkole ty jesteś najmniej anielska. To niewiarygodne, że
słuchacie czarnowłosego dziwoląga.
To było za
wiele. Teraz byłem wściekły.
- Zdajesz sobie sprawę, że archaniołowie
wcale nie gardzili zwykłymi aniołami? – zacząłem gniewnym tonem - Inaczej
pewnie nie zostaliby archaniołami. Ważne jest by być dumnym z rodziny i bronić
jej honoru, ale ty jesteś po prostu zarozumiały. – nie mogłem w to uwierzyć.
Jak on w ogóle śmiał. Domin gapił się na mnie zdziwiony moim nagłym wybuchem i daję słowo, że
gdyby Cahil nagle nie przyszedł i nam nie przerwał, to w tej chwili Domin
szedłby do pielęgniarki z krwawiącym nosem.
- Uspokójcie się wszyscy. – odezwał się
Cahil. – Rada Uczniowska podjęła już decyzję odnośnie dodatkowych osób.
- I co? – spytała Cassidy. Widać, że
koniecznie nie chce wracać do naszej… dyskusji.
- Zgodzili się ze mną, że mamy za mało osób,
ale nie mogą nam dać nikogo dodatkowego.
- Super – przerwałem mu. Nadal byłem zły, a to nie
poprawiło mi humoru.
- Zaczekaj i daj mi skończyć. Nie jest tak
źle jakby się mogło wydawać. Jest nawet lepiej niż przypuszczaliśmy,
przynajmniej moim zdaniem. – uśmiechnął się szeroko.
- To
znaczy? – spytała zaintrygowana Cassidy.
- Ja i Luna również będziemy oprowadzać oraz
mamy ogólnie pomóc również w prowadzeniu całej imprezy, a nie tylko
organizacji.
- CO?! – wykrzyknęła nagle Luna, która
milczała do tej pory, a ja podskoczyłem zaskoczony.
- To co słyszysz. – odparł nadal
uśmiechnięty Cahil.
- To super! – wykrzyknęła Cassidy – Już mnie
męczyło, że pracuję z samymi chłopakami.
– dodała wskazując na mnie, Cahila i Domina.
- Hej, nie jesteśmy wcale złym towarzystwem –
bronił się Cahil z oburzoną miną.
- Czekajcie, a ja mam coś do powiedzenia? Nie
chcę. – wtrąciła się Luna i dodała pośpiesznie - Bez obrazy, nie mam nic
przeciwko wam, ale nie lubię być w centrum uwagi.
- Luna, naprawdę potrzebujemy pomocy. –
zareagowałem szybko patrząc jej w oczy. – Nie ma nikogo innego po za tobą i
Cahilem. To jak?
- Ale… - zaczęła kręcąc głową.
- Luna, zgódź się, błagam. Wiesz jak ciężko
mi pracować z samymi chłopakami? Oni nic nie biorą na poważnie! – naciskała żaląc
się Cassidy.
- To nieprawda! – zaprzeczył szybko Cahil –
Ale i tak potrzebujemy twojej pomocy.
- Ja nawet nie wiem co miałabym robić. –
odparła Luna dalej szukając argumentów.
- Ja ci wszystko mogę wytłumaczyć. -
zaoferowałem jej na co w odpowiedzi zgromiła mnie wzrokiem. Nie mogłem się nie
uśmiechnąć.
- Jeśli nie chce to jej nie zmuszajcie. –
wtrącił się Domin. – Uważam, że nie powinna tego robić. Ludzie będą
niezadowoleni, że tak ważne wydarzenie prowadzi taki dziw…
- Siedź cicho, Domin – warknąłem nie dając mu skończyć, po czym zwróciłem się
do Luny już normalnym tonem – Wszystko będzie ok., jasne? Nikt nie będzie nic
mówił. I nie jesteś dziwolągiem. – mówiąc ostatnie zdanie spojrzałem na Domina
ostrzegawczo, bo już otwierał usta, aby coś powiedzieć.
Luna patrzyła
przenosząc wzrok na każdego z nas po kolei z wyjątkiem Domina. Jeszcze przez krótki
czas szukała argumentów, co chwila otwierając usta i je zamykając. Ja, Cassidy
i Cahil tylko się uśmiechaliśmy wyczekująco. Po cichu wiedziałem, że już ją przekonaliśmy.
- Ale na scenie będę tylko stała i nic nie
mówiła.
- Nie no, coś musisz powiedzieć, ale możemy
się umówić, że na ceremonii otwarcia powiesz maksymalnie pięć zdań. Co ty na
to? – zaproponowała Cassidy.
- Niech będzie. Zgoda. – ustąpiła Luna po
chwili wahania.
Wszyscy (z
wyjątkiem Domina) krzyknęli z radości. Potem zaczęliśmy przerabiać scenariusz,
by pozamieniać lub dodać do niego kilka kwestii tak, aby Luna i Cahil też coś
mówili. Zgodnie z umową Luna miała tylko pięć zdań do powiedzenia. Domin cały
czas rzucał mi lub Lunie gniewne spojrzenia, jednak ja go ignorowałem. Luna też
próbowała lecz kilka razy zdarzyło jej się skulić, choć pewnie tylko ja to
zauważyłem.
Skończyliśmy
po szesnastej. Byliśmy trochę zmęczeni, więc ustaliłem z Luną, że spotkamy się
jutro, by kontynuować przygotowania do czerwcowego zadania. Już się ze mną
żegnała, ale ja postanowiłem ją odprowadzić. Nie protestowała.
- Masz nam za złe, że zmusiliśmy cię do
wystąpienia? – spytałem, gdy już wyszliśmy z auli.
- Miałam, ale potem zdecydowałam, że będę
się na was gniewać, gdy coś pójdzie nie tak. – oznajmiła po chwili
zastanowienia.
- Wszystko pójdzie gładko. Obiecać nie mogę,
ale jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. – zapewniłem.
I tak
szliśmy w milczeniu, jednak nie była to krępująca cisza. Tylko odprężająca. Co
jakiś czas zerkałem ukradkiem na Lunę, jednak ona również nie wyglądała na
skrępowaną. Szedłem obok niej uśmiechając się. Nic nie mogę na to poradzić.
Zawsze, gdy jestem obok niej to czuję w
środku radość.
Jednak
zawsze, gdy jestem z Luną coś się musi
stać i tym razem również spokój był tylko przez chwilę.
Na drzwiach
Luny wisiała kartka i na pewno nie była ona miła.
„BEZSKRZYDŁE
DZIWADŁO”
Gapiłem się
w to szeroko otwartymi oczami, ale Luna tylko westchnęła. Podeszła do drzwi,
zerwała kartkę i zgniotła w kulkę.
- Dlaczego nie jesteś wściekła? – spytałem
zdziwiony i zdenerwowany.
- To nie pierwszy raz. Średnio dwa razy w
tygodniu znajduję coś takiego. Nic niezwykłego. – odparła jakby to była najzwyklejsza
rzecz na świecie.
- Dlaczego?
Popatrzyła
na mnie nie rozumiejąc czemu o to pytam.
Po czym odpowiedziała.
- Mam indywidualne lekcje latania i MA, a do
tego czarne włosy. To oczywiste, że niektórym się to nie podoba.
- Mówiłaś o tym dyrektorowi, albo
nauczycielom?
- Po co? Nawet nie wiem kto to wywiesza. Po
za tym to tylko kartki. Wystarczy je wyrzucić.
- Zbyt spokojnie to przyjmujesz. –
powiedziałem. Nie rozumiem dlaczego nie próbuje czegoś z tym zrobić. Ona tylko
wzruszyła ramionami.
- Zostaw to Solis. Mi naprawdę to nie
przeszkadza. Piszą po prostu co myślą. Nigdy nie pokazałam nikomu skrzydeł,
więc to oczywiste, że pojawiły się jakieś plotki.
- Nigdy nie pokazałaś nikomu skrzydeł?
Dlaczego? – spytałem zszokowany. Są
anioły, które rzadko kiedy odkrywają skrzydła, ale czasem trzeba to
zrobić. Nigdy nie widziałem jej, ale nie sądziłem, że to możliwe, by nikt ich
nie widział.
- Tak jakoś wyszło. – czułem, że mnie zbywa.
Miała zakłopotaną minę, jakby powiedziała coś czego nie powinna. – Czyli spotykamy
się jutro w bibliotece?
- Tak. – odpowiedziałem dalej pilnie jej się
przyglądając.
- To cześć.
- Na razie.
Otworzyła
drzwi i zniknęła w pokoju.
tekst jest świetny, jestem pod mega wrażeniem. wygląd bloga również jest okej. pozdrawiam
OdpowiedzUsuńdaryyl.blogspot.com
Fajny blog, będę tutaj jeszcze zaglądać. Tekst ciekawy. :)
OdpowiedzUsuńBardzo fajny blog! :)
OdpowiedzUsuńZapraszam do siebie, dopiero zaczynam.
Jakie fajne króciutkie rozdziały i piękny wygląd bloga *.*
OdpowiedzUsuńZaintrygowałaś mnie *.*
Jak najdzybciej zabieram się do nadrobienia każdego rozdziału ;*
Weny :*
i zapraszam do mnie : http://coraciemnosci.blogspot.com/