Dziennik Solisa, 23 kwietnia
(środa)
Tak jak postanowiłem, dzisiaj mam
zamiar się dowiedzieć co się dzieje z Luną. Jednak zrobię to chyba po południu.
Zawsze jak tylko zadzwoni dzwonek na przerwę, ona jest już w drzwiach. Nikt nie
da rady jej zatrzymać. Czasem myślę, że mnie ignoruje, bo znalazła sobie
przyjaciółki. Ostatnio ciągle ją widzę w towarzystwie Jessiki i Miny. Chociaż
czasem mam wrażenie, że Luna tylko im usługuje, ale nie wydaje mi się, aby
pozwalała sobą pomiatać. To jest dla mnie zbyt pogmatwane.
- Cześć Solis. – zza moich pleców wyłoniła się
Jessica, a za nią Mina i Luna.
- Hej. – przywitała się Mina.
Luna mnie
zignorowała. To było łatwe do przewidzenia.
- Co tu tak sterczysz? – obok mnie pojawił
się Cahil.
- Nie ważna. – zbyłem go, po czym usiadłem w
ławce.
Dobra,
dzisiaj rzeczywiście cały czas gapiłem się na Lunę i próbowałem ją rozgryźć.
Pod koniec anielskiego rzuciłem w nią kulkę papierową, by przykuć jej wzrok,
ale nawet wtedy się nie odwróciła. Musiała wiedzieć, że to byłem ja. Dzisiaj
muszę z nią pogadać i nie odpuszczę. Jeśli ma mnie dość to niech mi to powie
prosto w twarz.
- Cahil, podejdź po lekcji do Luny i powiedz
jej żeby na mnie zaczekała w tylnym korytarzu w zachodnim skrzydle. – szepnąłem
do niego
- Co? Czemu ja? Nie możesz sam? – spytał trochę
zmieszany.
- Nie, nie mogę. Jak tylko do niej podejdę
to od razu ucieknie, nie wysłuchawszy nawet co mam do powiedzenia. – oznajmiłem
lekko przybity.
- Przesadzasz. Zostaw jej na przykład kartkę
na ławce. – zaproponował.
- No nie możesz tego zrobić? – nalegałem.
- Czy ja jestem gołębiem pocztowym?
- Skrzydła masz. – odarłem żartobliwie.
- Solis, nie jesteś dzieckiem. Masz
siedemnaście lat i najwyższy czas byś nauczył się sam załatwiać swoje sprawy. –
odpowiedział naśladując głos matki upominającej swoje dziecko. Nie mogłem się
nie roześmiać.
- Czyli nie mogę na ciebie liczyć? – spytałem,
gdy się uspokoiłem.
- Liczyć możesz, ale się przeliczysz. – poinformował
mnie.
- Też mi przyjaciel. – odparłem żartobliwie.
- Lepszego nie znajdziesz. – uśmiechnął się
pewny swego.
- Panowie, nie rozmawiajcie, ja tu prowadzę
lekcję. – Upomniał nas profesor Sirkil.
- Przepraszamy. – odpowiedzieliśmy jednocześnie,
a klasa zachichotała. Wszyscy z wyjątkiem Luny. No tak, w końcu ja nie
istnieję.
Gdy tylko
zadzwonił dzwonek, od razu wstałem. Jednak Luna ławkę miała od razu przy
drzwiach, więc nim do niej doszedłem – już jej nie było. To samo było na innych
lekcjach. Na przedostatniej lekcji usiadłem zaraz za nią. To była moja ostatnia
szansa, bo ostatnia zawsze jest magia anielska. Postanowiłem rzucić jej
karteczkę z wiadomością. Gdy to zrobiłem ona zrzuciła ją ze stołu, więc
rzuciłem następną. I następną, i jeszcze jedną, i koleją… Wszystkie zostały
zignorowane. Wkurzyłem się. Napisałem następną i rzuciłem z całej siły na jej
ławkę, by dać jej do zrozumienia, że ma ją
przeczytać. Kulka jak na złość odbiła się od blatu i spadła na ziemię. Z
impetem położyłem głowę na ławkę, na znak, że nie tak miało być. Gdy to
zrobiłem usłyszałem cichy chichot. Być może się mylę, ale dałbym sobie rękę
uciąć, że to Luna się śmiała. Jeszcze raz napisałem wiadomość, zwinąłem ją w
kulkę i mocno rzuciłem na jej ławkę. Znowu się zaśmiała. Jednak mnie nie było
już do śmiechu. Ta kulka odbiła się od jej ławki i… trafiła w profesor Alon. A
to akurat jedna z najsurowszych nauczycielek w szkole. Uczy etykiety.
- Pan Solis Runami zostanie po lekcji. Chyba
zapomniałeś po co chodzisz na moje zajęcia. – Na jej twarzy widać było
wściekłość.
Zrobiłem
żałosną minę, jednak szybko mi przeszła, gdy znowu usłyszałem chichot. Szkoda,
że nie mogłem zobaczyć jej twarzy, jednak się uśmiechnąłem. Udało mi się ją
rozśmieszyć. Pierwszy raz.
- Panie Runami, wyjaśni mi pan teraz
dlaczego nie słuchał pan na lekcji. – zażądała Alon, gdy wszyscy wyszli.
- Przepraszam, pani profesor. Chciałem się
porozumieć z Luną. – zacząłem się usprawiedliwiać.
- To nie jest powód, by nie uważać na zajęciach.
Sprawy ze swoją dziewczyną proszę załatwiać po zajęciach.
- Luna nie jest moją dziewczyną. –
naprostowałem.
- Tym bardziej powinien się pan skupić na
lekcji. – odparła surowo.
- Tak jest, pani profesor.
- W ramach kary, przygotuje pan prezentację
na temat dobrych manier przy stole. – rozkazała - Może pan iść.
- Do widzenia.
Westchnąłem
głośno.
- Katastrofa. - Nie mam już siły szukać
Luny. Wracam do pokoju. - Spróbuję jutro.
Skierowałem się
do akademika. Byłem zmęczony, zły, a jedyne co mnie powstrzymywało przed
atakiem szału, to było wspomnienie śmiechu Luny. Był taki… perlisty?, miły dla
ucha? W każdym razem chciałbym jeszcze raz go usłyszeć.
Szedłem
prosto, gdy zobaczyłem Lunę. Stała z kimś, kto był odwrócony do mnie tyłem, ale
po długich, jasno-brązowych lokach poznałem, że to Jessica. Chciałem do nich
podejść, ale spostrzegłem, że Luna wygląda na wściekłą i najwyraźniej mnie nie
zauważyła.
Obserwowałem
je przez chwilę. Wyglądało jakby ostro dyskutowały. Jessica wymachiwała czymś
Lunie przed nosem, ale nie widziałem co to. Nagle Luna się odwróciła i odeszła
szybkim krokiem. Jessica patrzyła przez chwilę jak odchodzi, śmiejąc się.
Odwróciła się w moją stronę i nagle zamarła na mój widok. Podszedłem do niej podejrzliwie.
- Cześć, Jess. – zagadnąłem.
- Hej! Solis! Co tu robisz? – wyglądała na
spanikowaną.
- Właśnie szedłem do swojego pokoju, ale
zobaczyłem jak rozmawiasz z Luną. – odparłem zgodnie z prawdą.
- Ach tak? – powiedziała, a rękę starała się
schować za plecami.
- Co trzymasz w ręce? – spytałem
podejrzliwie. Jeśli to jest to co myślę, to wszystko już było jasne.
- Nic. Zobacz. – wyciągnęła jedną dłoń.
- W drugiej. – nie dawałem za wygraną. Muszę
mieć pewność.
Przez
chwilę nie zareagowała, jednak w tym
momencie zobaczyłem czarny rzemyk. Teraz byłem pewien. Złapałem ją za
nadgarstek, a z jej ręki zwisał naszyjnik w kształcie księżyca.
- Skąd go masz? – spytałem gniewnie.
- A co cię to obchodzi? – odpowiedziała
zbywając mnie.
- To naszyjnik Luny! – podniosłem głos –
Skąd go masz? Mów?! – zażądałem.
- O jejku, znalazłam! Znalezione nie
kradzione! – odparła teraz też zdenerwowana.
Wyrwałem jej
naszyjnik z dłoni.
- Jessica, jesteś gorsza od demonów. –
powiedziałem do niej chłodno – Godną politowania anielicą i nie zasługujesz na
swoje białe skrzydła. Dużo bardziej pasowałyby Ci czarne.
Minąłem ją i
poszedłem w kierunku, w którym odeszła Luna, nie odwracając się. Miałem
nadzieję, że poszła do swojego pokoju. Im szybciej odzyska wisiorek tym lepiej.
- Jak ja mogłem być taki ślepy?! – mówiłem sobie
w myślach. Od początku powinienem ruszyć swoją mózgownicą. Nigdy wcześniej z
nikim się nie zadawała, a w momencie, gdy zaczęła być widywana z Jessicą, to
zaczęła mnie ignorować. I sam widziałem, że Jess i Mina nią pomiatają. Mogłem
się wszystkiego domyślić i dawno temu to załatwić! Byłem na siebie wściekły.
Stałem przed
pokojem Luny. Bałem się zapukać, bo słyszałem, że płaczę.
- Przecież płaczę, bo nie ma naszyjnika! –
skarciłem się w myślach.
Odetchnąłem
głęboko i przyjrzałem się wisiorkowi. Niby to tylko kawałek metalu, ale jest
naprawdę piękny. Wierzchem dłoni poczułem nierówności z drugiej strony, więc go
odwróciłem. Na spodzie był wygrawerowany napis:
„Księżyc
zawsze jest w pełni, jednak przez cień nie zawsze można to dostrzec”
- W sumie racja, ale trochę to bez sensu. –
pomyślałem
Cicho
zapukałem. Płacz ustał, a za drzwiami usłyszałem kroki. Luna otworzyła drzwi, a
gdy mnie zobaczyła, chciała je zamknąć, ale jej nie pozwoliłem.
- Nie! – powiedziałem pośpiesznie, wsadzając
stopę między drzwi, a futrynę.
- Solis, idź sobie. – poprosiła błagalnym
tonem. Głos jej się jeszcze łamał od płaczu.
- Nie. – powiedziałem z łagodnym uśmiechem –
Mam go.
- Co? – spytała cicho, a w jej oczach
zobaczyłem cień nadziei.
- Mam go. – powtórzyłem, wyciągając wisiorek
z kieszeni.
Przez chwilę
wpatrywała się w księżyc zwisający z mojej dłoni, po czym wyciągnęła rękę, by
go zabrać. Jednak zanim zdążyła to zrobić, sam zawiesiłem jej go na szyi.
Chwyciła wisiorek dłonią, a z oczu popłynęły jej łzy. Jednak to nie one
przykuły moją uwagę. Stałem tam jak wryty, nie zdolny się poruszyć i z głupim
uśmieszkiem na ustach, którego nie mogłem się pozbyć.
Luna się
uśmiechała. I nawet jeśli było to przez łzy, to był to najpiękniejszy uśmiech
jaki kiedykolwiek widziałem.
Staliśmy tak
dłuższą chwilę. Luna płakała ze szczęścia, a ja na nią patrzyłem. Gdy się
trochę uspokoiła odezwała się do mnie.
- Przeprasza, Solis. Strasznie przepraszam i
dziękuję.
- Nie masz za co przepraszać. Wiem o wszystkim.
– patrzyła na mnie z niedowierzaniem kiedy to mówiłem. – I nie ma sprawy. –
uśmiechnąłem się łagodnie.
Usłyszałem
kroki. W naszą stronę szła Jessica. Gdy nas zobaczyła, zrobiła zaskoczoną minę.
Potem przybrała groźny wyraz twarzy. Wściekle wpatrywała się w Lunę, a ona
zwiesiła głowę. Jessica już otwierała usta, żeby coś jej powiedzieć, jednak
zamknęła je, gdy stanąłem przed Luną i zmierzyłem ją ostrzegawczym wzrokiem.
Wycofała się do swojego pokoju. Odwróciłem się z powrotem do Luny.
- Dziękuję. – powiedziała ocierając ostatnią
łzę, jednak nadal szeroko się uśmiechała.
- Nie ma za co. – odpowiedziałem i
uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, jeśli to tylko było możliwe. – Zobaczyłem napis
na odwrocie naszyjnika.
- Założę się, że nie zrozumiałeś o co
chodzi, prawda? – zaczęła się śmiać. Zarówno jej uśmiech jak i śmiech były
zniewalające.
- Wyjaśnisz mi? – spytałem.
- „Księżyc zawsze jest w pełni, jednak przez
cień nie zawsze można to dostrzec” – zacytowała – Nawiązuje to do mojego
imienia. Gdy mama mi je dawała to myślała o tym, że chciałaby bym nie ważne jak
postrzegają mnie ludzie, zawsze pozostawała sobą. Tak samo jest z księżycem.
Nic nie
powiedziałem. Tylko się uśmiechnąłem.
Staliśmy tak
jeszcze chwilę, a Luna opowiedziała mi o swojej mamie. Okazało się, że miała na
imię Florina i to ją rysowała w zeszycie ponad miesiąc temu. Rośliny wokół niej
oznaczały jej imię. Florina pochodzi od słowa Flora co znaczy roślinność. Luna
przez cały czas kurczowo zaciskała rękę na naszyjniku. Mam wrażenie, że trochę
się do siebie zbliżyliśmy.
- To na razie, Utsukushi. – powiedziałem na
pożegnanie. Nie mogłem się powstrzymać.
- Nie nazywaj mnie tak! – odparła bardziej
rozbawiona niż oburzona.
I tak się rozstaliśmy.
Wróciłem do swojego pokoju. Nie mogłem przestać się uśmiechać, bo w głowie cały
czas miałem obraz uśmiechniętej Luny. Nareszcie zobaczyłem jak się śmieje.
Dzieje się więcej niż w innych rozdziałach, cieszę się, że z naszyjnikiem zostało wyjaśnione ponieważ zaczynało mi być żal Solis'a. Nie mogę się doczekać jutrzejszego rozdziału :D
OdpowiedzUsuńRozdział fajny
OdpowiedzUsuńNawet nawet ciekawe. Pomimo tego, że lepiej oceniać opowiadanie, to i tak muszę skomentować wygląd.
OdpowiedzUsuńLepiej by było zmienić tło na czarny, tak aby łatwiej nam się czytało. :)
To tylko taka mała podpowiedź :)
Ogólnie bardzo fajny blog, mam nadzieję że bardzo szybko będzie się rozwijał.
Zapraszam też do mnie :*
mackenziexox.blogspot.com