wtorek, 31 marca 2015

Rozdział VII

Dziennik Solisa, 22 kwietnia (wtorek)
Byłem w bibliotece i czekałem, aż Cahil znajdzie odpowiednią książkę na półce. Od imprezy zastanawiam  się co ugryzło Lunę. Nie odzywa się do mnie i traktuje jak powietrze. Co jej się, cholera, stało?
   - Solis.
   - Co? – odpowiedziałem wściekle.
   - „Co?”, to chyba ja powinienem się o to pytać. Co jest z tobą? Od miesiąca chodzisz wściekły.
   - To nieprawda. – odparłem, mimo że to była prawda.
   - O co chodzi. – spytał nieprzekonany.
   - Przecież mówię, że…
   - O Lunę? – przerwał mi.
Milczałem.
   - Solis – ponaglał Cahil.
   - Od dyskoteki miesiąc temu, kompletnie mnie ignoruje. – pożaliłem się.
   - A znalazła już wisiorek?
   - Z tego co wiem to nie.
   - A dałeś jej powód, by się na ciebie wściekała? – spytał podejrzliwie.
   - Tak się składa, że odkąd zacząłem jej pomagać z poszukiwaniami, to byłem dla niej miły i jej nie dokuczałem. – odpowiedziałem poirytowany.
   - Więc może coś się stało? – zgadywał dalej.
   - Nigdy bym na to nie wpadł, geniuszu. – odparłem sarkastycznie.
   - Przestań się wreszcie boczyć. – nalegał Cahil.
   - Wcale się nie boczę . – broniłem się.
   - A właśnie, że tak. –upierał się Cahil!
   - Wcale nie.
   - Wcale tak.
   - Wcale nie.
   - Wcale tak!
   - Wcale nie!
   - Solis!!!
   - Cahil!!!
Mierzyliśmy się wzrokiem po czym… roześmialiśmy się.
   - Kłócimy się jak dzieci – powiedział Cahil, nie mogąc opanować śmiechu.
   - Bo jesteś strasznie uparty. – odpowiedziałem również roześmiany.
   - Nie tylko ja. – opanowaliśmy się – A teraz poważnie. Jeśli Luna nie chce z tobą gadać, gdy jesteś dla niej miły, to trochę się z nią podrocz. – zaproponował
   - A w czym to pomoże? – spytałem zaskoczony.
   - Wcześniej zawsze dawała się sprowokować. Teraz też powinno się udać.
Zastanowiłem się przez chwilę. W sumie to dobry pomysł. Jeśli nie po dobroci, to może po złości. Choć nie do końca jestem z tego zadowolony. Miałem  nadzieję wyjść w końcu z tego schematu: ja jej dokuczam, ona się złości, a na końcu odchodzi na mnie wkurzona. Nigdy nie miałem okazji wtedy normalnie z nią porozmawiać. I przez to właściwie nic o niej nie wiem. Chciałem wreszcie zobaczyć jej uśmiech, a gdybyśmy znaleźli naszyjnik to byłaby ku temu okazja. Dlaczego jeśli chodzi o Lunę to nigdy nic nie idzie po mojej myśli?
Pożegnałem się z Cahilem i poszedłem do swojego pokoju. Ściany mojego „apartamentu” są zielono-szare. Biurko stoi zaraz z boku drzwi, a piętrowe łóżko (w końcu dzielę  pokój z Cahilem) przy równoległej ścianie przy oknie. Koło łóżka stoi szafa. Nad biurkiem jest półka, a na niej wieża i kilka płyt. Na środku pokoju, na szaro-limonkowym dywanie stoi mały stolik ze szklanym blatem, pod którym leżą zazwyczaj małe hantle. Najlepszą rzeczą na rozładowanie stresu i złości jest podnoszenie ciężarków i boks. Jednak z braku worka do bicia muszą mi wystarczyć hantle. Liczę, że pozbędę się złości, żeby nie naskoczyć gwałtownie na Lunę. Jutro z nią pogadam. I mam zamiar wszystko wyjaśnić.

1 komentarz:

  1. Rozdział śmieszny, zwłaszcza kłótnia. Szkoda tylko, że Solis nie wie, że Luna nie odzywa się do niego przez wredną Jessicę.

    OdpowiedzUsuń