Dziennik Solisa, 22 kwietnia
(wtorek)
Byłem w
bibliotece i czekałem, aż Cahil znajdzie odpowiednią książkę na półce. Od
imprezy zastanawiam się co ugryzło Lunę.
Nie odzywa się do mnie i traktuje jak powietrze. Co jej się, cholera, stało?
- Solis.
- Co? – odpowiedziałem wściekle.
- „Co?”, to chyba ja powinienem się o to
pytać. Co jest z tobą? Od miesiąca chodzisz wściekły.
- To nieprawda. – odparłem, mimo że to była
prawda.
- O co chodzi. – spytał nieprzekonany.
- Przecież mówię, że…
- O Lunę? – przerwał mi.
Milczałem.
- Solis – ponaglał Cahil.
- Od dyskoteki miesiąc temu, kompletnie mnie
ignoruje. – pożaliłem się.
- A znalazła już wisiorek?
- Z tego co wiem to nie.
- A dałeś jej powód, by się na ciebie
wściekała? – spytał podejrzliwie.
- Tak się składa, że odkąd zacząłem jej
pomagać z poszukiwaniami, to byłem dla niej miły i jej nie dokuczałem. –
odpowiedziałem poirytowany.
- Więc może coś się stało? – zgadywał dalej.
- Nigdy bym na to nie wpadł, geniuszu. –
odparłem sarkastycznie.
- Przestań się wreszcie boczyć. – nalegał Cahil.
- Wcale się nie boczę . – broniłem się.
- A właśnie, że tak. –upierał się Cahil!
- Wcale nie.
- Wcale tak.
- Wcale nie.
- Wcale tak!
- Wcale nie!
- Solis!!!
- Cahil!!!
Mierzyliśmy
się wzrokiem po czym… roześmialiśmy się.
- Kłócimy się jak dzieci – powiedział Cahil,
nie mogąc opanować śmiechu.
- Bo jesteś strasznie uparty. –
odpowiedziałem również roześmiany.
- Nie tylko ja. – opanowaliśmy się – A teraz
poważnie. Jeśli Luna nie chce z tobą gadać, gdy jesteś dla niej miły, to trochę
się z nią podrocz. – zaproponował
- A w
czym to pomoże? – spytałem zaskoczony.
- Wcześniej zawsze dawała się sprowokować.
Teraz też powinno się udać.
Zastanowiłem
się przez chwilę. W sumie to dobry pomysł. Jeśli nie po dobroci, to może po
złości. Choć nie do końca jestem z tego zadowolony. Miałem nadzieję wyjść w końcu z tego schematu: ja
jej dokuczam, ona się złości, a na końcu odchodzi na mnie wkurzona. Nigdy nie
miałem okazji wtedy normalnie z nią porozmawiać. I przez to właściwie nic o
niej nie wiem. Chciałem wreszcie zobaczyć jej uśmiech, a gdybyśmy znaleźli
naszyjnik to byłaby ku temu okazja. Dlaczego jeśli chodzi o Lunę to nigdy nic
nie idzie po mojej myśli?
Pożegnałem
się z Cahilem i poszedłem do swojego pokoju. Ściany mojego „apartamentu” są
zielono-szare. Biurko stoi zaraz z boku drzwi, a piętrowe łóżko (w końcu dzielę pokój z Cahilem) przy równoległej ścianie
przy oknie. Koło łóżka stoi szafa. Nad biurkiem jest półka, a na niej wieża i
kilka płyt. Na środku pokoju, na szaro-limonkowym dywanie stoi mały stolik ze
szklanym blatem, pod którym leżą zazwyczaj małe hantle. Najlepszą rzeczą na
rozładowanie stresu i złości jest podnoszenie ciężarków i boks. Jednak z braku
worka do bicia muszą mi wystarczyć hantle. Liczę, że pozbędę się złości, żeby
nie naskoczyć gwałtownie na Lunę. Jutro z nią pogadam. I mam zamiar wszystko
wyjaśnić.
Rozdział śmieszny, zwłaszcza kłótnia. Szkoda tylko, że Solis nie wie, że Luna nie odzywa się do niego przez wredną Jessicę.
OdpowiedzUsuń