środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział VIII

Dziennik Solisa, 23 kwietnia (środa)
            Tak jak postanowiłem, dzisiaj mam zamiar się dowiedzieć co się dzieje z Luną. Jednak zrobię to chyba po południu. Zawsze jak tylko zadzwoni dzwonek na przerwę, ona jest już w drzwiach. Nikt nie da rady jej zatrzymać. Czasem myślę, że mnie ignoruje, bo znalazła sobie przyjaciółki. Ostatnio ciągle ją widzę w towarzystwie Jessiki i Miny. Chociaż czasem mam wrażenie, że Luna tylko im usługuje, ale nie wydaje mi się, aby pozwalała sobą pomiatać. To jest dla mnie zbyt pogmatwane.
   - Cześć Solis. – zza moich pleców wyłoniła się Jessica, a za nią Mina i Luna.
   - Hej. – przywitała się Mina.
Luna mnie zignorowała. To było łatwe do przewidzenia.
   - Co tu tak sterczysz? – obok mnie pojawił się Cahil.
   - Nie ważna. – zbyłem go, po czym usiadłem w ławce.
Dobra, dzisiaj rzeczywiście cały czas gapiłem się na Lunę i próbowałem ją rozgryźć. Pod koniec anielskiego rzuciłem w nią kulkę papierową, by przykuć jej wzrok, ale nawet wtedy się nie odwróciła. Musiała wiedzieć, że to byłem ja. Dzisiaj muszę z nią pogadać i nie odpuszczę. Jeśli ma mnie dość to niech mi to powie prosto w twarz.
   - Cahil, podejdź po lekcji do Luny i powiedz jej żeby na mnie zaczekała w tylnym korytarzu w zachodnim skrzydle. – szepnąłem do niego
   - Co? Czemu ja? Nie możesz sam? – spytał trochę zmieszany.
   - Nie, nie mogę. Jak tylko do niej podejdę to od razu ucieknie, nie wysłuchawszy nawet co mam do powiedzenia. – oznajmiłem lekko przybity.
   - Przesadzasz. Zostaw jej na przykład kartkę na ławce. – zaproponował.
   - No nie możesz tego zrobić? – nalegałem.
   - Czy ja jestem gołębiem pocztowym?
   - Skrzydła masz. – odarłem żartobliwie.
   - Solis, nie jesteś dzieckiem. Masz siedemnaście lat i najwyższy czas byś nauczył się sam załatwiać swoje sprawy. – odpowiedział naśladując głos matki upominającej swoje dziecko. Nie mogłem się nie roześmiać.
   - Czyli nie mogę na ciebie liczyć? – spytałem, gdy się uspokoiłem.
   - Liczyć możesz, ale się przeliczysz. – poinformował mnie.
   - Też mi przyjaciel. – odparłem żartobliwie.
   - Lepszego nie znajdziesz. – uśmiechnął się pewny swego.
   - Panowie, nie rozmawiajcie, ja tu prowadzę lekcję. – Upomniał nas profesor Sirkil.
   - Przepraszamy. – odpowiedzieliśmy jednocześnie, a klasa zachichotała. Wszyscy z wyjątkiem Luny. No tak, w końcu ja nie istnieję.
Gdy tylko zadzwonił dzwonek, od razu wstałem. Jednak Luna ławkę miała od razu przy drzwiach, więc nim do niej doszedłem – już jej nie było. To samo było na innych lekcjach. Na przedostatniej lekcji usiadłem zaraz za nią. To była moja ostatnia szansa, bo ostatnia zawsze jest magia anielska. Postanowiłem rzucić jej karteczkę z wiadomością. Gdy to zrobiłem ona zrzuciła ją ze stołu, więc rzuciłem następną. I następną, i jeszcze jedną, i koleją… Wszystkie zostały zignorowane. Wkurzyłem się. Napisałem następną i rzuciłem z całej siły na jej ławkę, by dać jej do zrozumienia, że ma ją  przeczytać. Kulka jak na złość odbiła się od blatu i spadła na ziemię. Z impetem położyłem głowę na ławkę, na znak, że nie tak miało być. Gdy to zrobiłem usłyszałem cichy chichot. Być może się mylę, ale dałbym sobie rękę uciąć, że to Luna się śmiała. Jeszcze raz napisałem wiadomość, zwinąłem ją w kulkę i mocno rzuciłem na jej ławkę. Znowu się zaśmiała. Jednak mnie nie było już do śmiechu. Ta kulka odbiła się od jej ławki i… trafiła w profesor Alon. A to akurat jedna z najsurowszych nauczycielek w szkole. Uczy etykiety.
   - Pan Solis Runami zostanie po lekcji. Chyba zapomniałeś po co chodzisz na moje zajęcia. – Na jej twarzy widać było wściekłość.
Zrobiłem żałosną minę, jednak szybko mi przeszła, gdy znowu usłyszałem chichot. Szkoda, że nie mogłem zobaczyć jej twarzy, jednak się uśmiechnąłem. Udało mi się ją rozśmieszyć. Pierwszy raz.
   - Panie Runami, wyjaśni mi pan teraz dlaczego nie słuchał pan na lekcji. – zażądała Alon, gdy wszyscy wyszli.
   - Przepraszam, pani profesor. Chciałem się porozumieć z Luną. – zacząłem się usprawiedliwiać.
   - To nie jest powód, by nie uważać na zajęciach. Sprawy ze swoją dziewczyną proszę załatwiać po zajęciach.
   - Luna nie jest moją dziewczyną. – naprostowałem.
   - Tym bardziej powinien się pan skupić na lekcji. – odparła surowo.
   - Tak jest, pani profesor.
   - W ramach kary, przygotuje pan prezentację na temat dobrych manier przy stole. – rozkazała - Może pan iść.
   - Do widzenia.
Westchnąłem głośno.
   - Katastrofa. - Nie mam już siły szukać Luny. Wracam do pokoju. - Spróbuję jutro.
Skierowałem się do akademika. Byłem zmęczony, zły, a jedyne co mnie powstrzymywało przed atakiem szału, to było wspomnienie śmiechu Luny. Był taki… perlisty?, miły dla ucha? W każdym razem chciałbym jeszcze raz go usłyszeć.
Szedłem prosto, gdy zobaczyłem Lunę. Stała z kimś, kto był odwrócony do mnie tyłem, ale po długich, jasno-brązowych lokach poznałem, że to Jessica. Chciałem do nich podejść, ale spostrzegłem, że Luna wygląda na wściekłą i najwyraźniej mnie nie zauważyła.
Obserwowałem je przez chwilę. Wyglądało jakby ostro dyskutowały. Jessica wymachiwała czymś Lunie przed nosem, ale nie widziałem co to. Nagle Luna się odwróciła i odeszła szybkim krokiem. Jessica patrzyła przez chwilę jak odchodzi, śmiejąc się. Odwróciła się w moją stronę i nagle zamarła na mój widok. Podszedłem do niej podejrzliwie.
   - Cześć, Jess. – zagadnąłem.
   - Hej! Solis! Co tu robisz? – wyglądała na spanikowaną.
   - Właśnie szedłem do swojego pokoju, ale zobaczyłem jak rozmawiasz z Luną. – odparłem zgodnie z prawdą.
   - Ach tak? – powiedziała, a rękę starała się schować za plecami.
   - Co trzymasz w ręce? – spytałem podejrzliwie. Jeśli to jest to co myślę, to wszystko już było jasne.
   - Nic. Zobacz. – wyciągnęła jedną dłoń.
   - W drugiej. – nie dawałem za wygraną. Muszę mieć pewność.
Przez chwilę  nie zareagowała, jednak w tym momencie zobaczyłem czarny rzemyk. Teraz byłem pewien. Złapałem ją za nadgarstek, a z jej ręki zwisał naszyjnik w kształcie księżyca.
   - Skąd go masz? – spytałem gniewnie.
   - A co cię to obchodzi? – odpowiedziała zbywając mnie.
   - To naszyjnik Luny! – podniosłem głos – Skąd go masz? Mów?! – zażądałem.
   - O jejku, znalazłam! Znalezione nie kradzione! – odparła teraz też zdenerwowana.
Wyrwałem jej naszyjnik z dłoni.
   - Jessica, jesteś gorsza od demonów. – powiedziałem do niej chłodno – Godną politowania anielicą i nie zasługujesz na swoje białe skrzydła. Dużo bardziej pasowałyby Ci czarne.
Minąłem ją i poszedłem w kierunku, w którym odeszła Luna, nie odwracając się. Miałem nadzieję, że poszła do swojego pokoju. Im szybciej odzyska wisiorek tym lepiej.
   - Jak ja mogłem być taki ślepy?! – mówiłem sobie w myślach. Od początku powinienem ruszyć swoją mózgownicą. Nigdy wcześniej z nikim się nie zadawała, a w momencie, gdy zaczęła być widywana z Jessicą, to zaczęła mnie ignorować. I sam widziałem, że Jess i Mina nią pomiatają. Mogłem się wszystkiego domyślić i dawno temu to załatwić! Byłem na siebie wściekły.
Stałem przed pokojem Luny. Bałem się zapukać, bo słyszałem, że płaczę.
   - Przecież płaczę, bo nie ma naszyjnika! – skarciłem się w myślach.
Odetchnąłem głęboko i przyjrzałem się wisiorkowi. Niby to tylko kawałek metalu, ale jest naprawdę piękny. Wierzchem dłoni poczułem nierówności z drugiej strony, więc go odwróciłem. Na spodzie był wygrawerowany napis:
„Księżyc zawsze jest w pełni, jednak przez cień nie zawsze można to dostrzec”
   - W sumie racja, ale trochę to bez sensu. – pomyślałem
Cicho zapukałem. Płacz ustał, a za drzwiami usłyszałem kroki. Luna otworzyła drzwi, a gdy mnie zobaczyła, chciała je zamknąć, ale jej nie pozwoliłem.
   - Nie! – powiedziałem pośpiesznie, wsadzając stopę między drzwi, a futrynę.
   - Solis, idź sobie. – poprosiła błagalnym tonem. Głos jej się jeszcze łamał od płaczu.
   - Nie. – powiedziałem z łagodnym uśmiechem – Mam go.
   - Co? – spytała cicho, a w jej oczach zobaczyłem cień nadziei.
   - Mam go. – powtórzyłem, wyciągając wisiorek z kieszeni.
Przez chwilę wpatrywała się w księżyc zwisający z mojej dłoni, po czym wyciągnęła rękę, by go zabrać. Jednak zanim zdążyła to zrobić, sam zawiesiłem jej go na szyi. Chwyciła wisiorek dłonią, a z oczu popłynęły jej łzy. Jednak to nie one przykuły moją uwagę. Stałem tam jak wryty, nie zdolny się poruszyć i z głupim uśmieszkiem na ustach, którego nie mogłem się pozbyć.
Luna się uśmiechała. I nawet jeśli było to przez łzy, to był to najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałem.
Staliśmy tak dłuższą chwilę. Luna płakała ze szczęścia, a ja na nią patrzyłem. Gdy się trochę uspokoiła odezwała się do mnie.
   - Przeprasza, Solis. Strasznie przepraszam i dziękuję.
   - Nie masz za co przepraszać. Wiem o wszystkim. – patrzyła na mnie z niedowierzaniem kiedy to mówiłem. – I nie ma sprawy. – uśmiechnąłem się łagodnie.
Usłyszałem kroki. W naszą stronę szła Jessica. Gdy nas zobaczyła, zrobiła zaskoczoną minę. Potem przybrała groźny wyraz twarzy. Wściekle wpatrywała się w Lunę, a ona zwiesiła głowę. Jessica już otwierała usta, żeby coś jej powiedzieć, jednak zamknęła je, gdy stanąłem przed Luną i zmierzyłem ją ostrzegawczym wzrokiem. Wycofała się do swojego pokoju. Odwróciłem się z powrotem do Luny.
   - Dziękuję. – powiedziała ocierając ostatnią łzę, jednak nadal szeroko się uśmiechała.
   - Nie ma za co. – odpowiedziałem i uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, jeśli to tylko było możliwe. – Zobaczyłem napis na odwrocie naszyjnika.
   - Założę się, że nie zrozumiałeś o co chodzi, prawda? – zaczęła się śmiać. Zarówno jej uśmiech jak i śmiech były zniewalające.
   - Wyjaśnisz mi? – spytałem.
   - „Księżyc zawsze jest w pełni, jednak przez cień nie zawsze można to dostrzec” – zacytowała – Nawiązuje to do mojego imienia. Gdy mama mi je dawała to myślała o tym, że chciałaby bym nie ważne jak postrzegają mnie ludzie, zawsze pozostawała sobą. Tak samo jest z księżycem.
Nic nie powiedziałem. Tylko się uśmiechnąłem.
Staliśmy tak jeszcze chwilę, a Luna opowiedziała mi o swojej mamie. Okazało się, że miała na imię Florina i to ją rysowała w zeszycie ponad miesiąc temu. Rośliny wokół niej oznaczały jej imię. Florina pochodzi od słowa Flora co znaczy roślinność. Luna przez cały czas kurczowo zaciskała rękę na naszyjniku. Mam wrażenie, że trochę się do siebie zbliżyliśmy.
   - To na razie, Utsukushi. – powiedziałem na pożegnanie. Nie mogłem się powstrzymać.
   - Nie nazywaj mnie tak! – odparła bardziej rozbawiona niż oburzona.
I tak się rozstaliśmy. Wróciłem do swojego pokoju. Nie mogłem przestać się uśmiechać, bo w głowie cały czas miałem obraz uśmiechniętej Luny. Nareszcie zobaczyłem jak się śmieje.

3 komentarze:

  1. Dzieje się więcej niż w innych rozdziałach, cieszę się, że z naszyjnikiem zostało wyjaśnione ponieważ zaczynało mi być żal Solis'a. Nie mogę się doczekać jutrzejszego rozdziału :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet nawet ciekawe. Pomimo tego, że lepiej oceniać opowiadanie, to i tak muszę skomentować wygląd.
    Lepiej by było zmienić tło na czarny, tak aby łatwiej nam się czytało. :)
    To tylko taka mała podpowiedź :)
    Ogólnie bardzo fajny blog, mam nadzieję że bardzo szybko będzie się rozwijał.
    Zapraszam też do mnie :*

    mackenziexox.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń