sobota, 28 marca 2015

Rozdział II

Dziennik Solisa, 14 marca (piątek)
   - Hej! Solis! Idziesz z nami na stołówkę?! – cudnie. Dlaczego zawsze jak rozmawiam z Luną, ktoś musi nam przeszkadzać?
   - Jasne! Zaraz przyjdę! – odkrzyknąłem, mimo że wolałbym jeszcze pogadać z Luną. Jednak gdybym tak zrobił zaraz szkołę wypełniłyby plotki, na których to ona by ucierpiała. Odwróciłem się z powrotem do niej – Cóż na to pytanie raczej nie dostanę odpowiedzi. Do zobaczenia, Utsukushi. – uśmiechnąłem się złośliwie i odszedłem. Doskonale wiem, że Luna nienawidzi, gdy tak do niej mówię. Choć wiem też, że nie ma pojęcia co to znaczy.
   - Cześć. Co tam? – spytał Cahil, gdy do niego podszedłem.
   - Normalnie – skierowaliśmy się do stołówki - Gdzie reszta?
   - Poszli przodem. Powiedzieli, że kiszki im marsza grają. Z kim gadałeś? – spytał, choć nie wiem po co, bo doskonale wie z kim.
   - Z Luną. Znasz jeszcze jakiegoś czarnowłosego anioła?
W drodze na stołówkę gadaliśmy o typowych sprawach. Cahil to mój najlepszy kumpel. Prawie ze wszystkiego stroi sobie żarty, jednak gdy trzeba zachowuje powagę. I jest całkiem niezłym doradcą. Nie raz uratował mi tyłek. Często ma świetne pomysły, co dało mu miejsce w radzie uczniowskiej. Jego zadaniem jest wymyślanie różnych akcji i przekonywanie do nich nauczycieli. Właśnie opowiadał mi o pomyśle na nowe wydarzenie, próbując przekrzyczeć chaos w stołówce.
   - Odbędzie się to wtedy, kiedy dyskoteka. Jednak wstęp na nią nie będzie darmowy – oznajmił konspiracyjnym tonem – Przed wejściem do szkoły każdy dostanie ankietę, którą będzie musiał wypełnić i oddać przy drzwiach do sali. W zamian za ankietę dostanie numerek. To będzie bilet wstępu. Co myślisz?
   - Pomysł nie jest zły, ale takie wypełnianie ankiet po nic jest trochę bez sensu. Znając Ciebie jest ciąg dalszy, prawda?
   - A kto powiedział, że wypełnia się je po nic? – zawsze kiedy ma taką rozbawioną minę oznacza to, że szykuje się niezła afera.
   - Więc po co się to robi? – spytałem bojąc się odpowiedzi.
   - Gdy cała szkoła już wypełni ankiety oddam je Cassidy. Jak wiesz jej zdolności do analizy są całkiem niezłe.
   - Niezłe to mało powiedziane. Robi to z prędkością światła.
   - Dokładnie. No więc ona je przeanalizuje i dopasuje do siebie numerki – Jego oczy coraz bardziej błyszczały. Zupełnie jak oczy dziecka, które właśnie planuje jakiegoś psikusa – W środku dyskoteki poprosimy, aby osoby z dopasowanymi numerkami stanęły obok siebie.
   - O boże… Już chyba wiem co będzie dalej – powiedziałem kładąc się na stole ze śmiechu – Nie zrobisz tego.
   - A właśnie, że zrobię. Swój ostatni taniec, każdy będzie musiał zatańczyć ze swoim numerkiem. Ale to nie to będzie najlepsze! – powiedział już szaleńczo podekscytowany. Oboje się śmialiśmy i ledwo mówiliśmy, wyobrażając to sobie.
   - A co? Tutaj chyba nie da się bardziej pokręcić.
   - Na ankietach nie będę prosił o imię, nazwisko, klasę i płeć.
   - No chyba sobie żartujesz! Czyli, że…
   - Otóż to! Istnieje duże prawdopodobieństwo, że panie będą tańczyć z paniami, a panowie z panami! – był tak dumny ze swojego pomysły, że śmiejąc się, przewróciłem się razem z krzesłem – To będzie „Cyferkowa Zabawa” – oznajmił, gdy z powrotem usiadłem.
   - Pomysł genialny, ale nazwa do bani. Musisz wymyślić coś innego.
   - Wiem – powiedział zwieszając głowę – Ale nie mam zielonego pojęcia jak to inaczej nazwać.
   - Może „Szukajcie się Numerki”?
   - Lepsze, ale też do kitu. Ciężko będzie coś wymyślić, a dyskoteka jest za dwa tygodnie. Po za tym nie gadałem o tym jeszcze z nauczycielami – widać  było, że jest to dla niego nie mały problem.
   - Może pogadaj z dyrektorem. On lubi takie szalone pomysły.
   - Chyba masz rację. Zrobię to jak zjem – i wziął się za jedzenie.
   - Powodzenia.
   - Dzięki. Jeśli się zgodzi to tobie też szczęścia życzę – na jego twarzy pojawił się porozumiewawczy uśmieszek.
   - A mi do czego potrzebne? – spytałem, nie rozumiejąc.
   - No wiesz. Ankiety będą w stu procentach uczciwe, ale nawet wtedy masz maluteńką  szansę, że trafisz akurat na Lunę.
   - Hmm… Byłoby całkiem fajnie, ale zapominasz o jednej rzeczy.
   - Jakiej?
   - Luna nie chodzi na takie imprezy. Zresztą nie dziwię się jej. Też bym nie chodził, gdyby ludzie gapili się na mnie jak na jakiegoś dziwaka.
   - Trochę się im nie dziwię.
   - To znaczy? Ty też ją uważasz za dziwoląga? – spytałem ostrzej niż zamierzałem.
   - Może nie za dziwoląga, ale trochę dziwna jest. Lekcje magii anielskiej i latania ma indywidualnie. Nigdy nie pokazuje skrzydeł. Wszystkie anioły je chowają, no ale od czasu do czasu każdy je ujawnia. A ona nie. To serio nie jest normalne. Niektórzy nawet mówią, że ich nie ma.
   - Jezu, to że nie widzieliśmy jej skrzydeł nie znaczy, że ich nie ma. A jeśli chodzi o lekcje to może po prostu trochę jej to nie wychodzi i potrzebuje dokładniejszego tłumaczenia niż inni, co jest możliwe tylko na indywidualnych – próbowałem szukać jakiś racjonalnych wyjaśnień na jej obronę, ale sam uważam to za trochę dziwne.
   - No to jest jeszcze coś.
   - Co?
   - Jej czarne włosy. To już w ogóle nie jest normalne. Nawet włosy aniołów, które były ludźmi nie są czarne. W momencie przemiany w anioła zmieniały kolor na brązowy. A kolor jej włosów, to nawet nie jest ciemny brąz. To ciemny, głęboki, kruczo-czarny odcień.
   - Na to też na pewno jest jakieś wyjaśnienie – upierałem się poirytowany.
   - Mów sobie co chcesz, ale każdy doskonale wie, że anioły nie mogą mieć czarnych włosów. Tak być po prostu nie może – widząc, że już brak mi argumentów, spytał – A co ci się w niej tak właściwie podoba?
   - Sam nie wiem. Inni uważają ją za dziwną, ale moim zdaniem jest wyjątkowa.
   - To wiem. Ale pytam się dlaczego taka jest? Nie ważne jak na to spojrzeć, jesteście swoimi kompletnymi przeciwieństwami. Nawet tam, gdzie można by znaleźć cechę wspólną okazuje się, że jest to przeciwieństwo.
   - Na przykład?
   - Weźmy chociażby wasze imiona. Solis i Luna. Oba imiona pochodzą z łaciny. Można by je wziąć za cechę wspólną, ale tylko jeśli zignorujemy ich znaczenie. No wiesz, Luna to księżyc, a Solis – słońce.
   - I co z tego? To o niczym nie świadczy.
   - Cóż, mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają. Choć to przyciąganie wygląda na jednostronne – nie skomentowałem tego, więc spytał – Więc, co czyni ją taką wyjątkową?
   - Między innymi właśnie jej włosy. Podobają mi się.
   - Czyli chodzi o wygląd?
   - Nie! – zaprzeczyłem gwałtownie – Coś mnie do niej po prostu ciągnie. I na pewno nie chodzi tu o wygląd, a raczej o charakter. Lubię się z nią droczyć i z nią rozmawiać.
   - To wy ze sobą rozmawiacie? – spytał udając zdziwienie – Bo mnie to bardziej wygląda, jakbyś ty ją podpuszczał, a ona się na Ciebie wkurzała.
   - No bo tak jest – prychnąłem rozbawiony.
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu.
   - Dobra, zaraz koniec przerwy, a ja muszę iść do dyra – powiedział wstając – A ty lepiej nie przesadź z tym droczeniem się, bo może się to dla Ciebie źle skończyć.
   - Taa, wiem. Dzięki.
Przez chwilę zastanawiałem się nad naszą rozmową. Nie potrafiłem jednoznacznie stwierdzić za co lubię Lunę. I Cahil miał trochę racji z tymi przeciwieństwami. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że nie wiele o niej wiem. Chyba nawet nigdy nie widziałem, żeby się uśmiechała. Zawsze, gdy idzie korytarzem to spuszcza wzrok i chowa twarz we włosach lub za książkami. Wyjątek, kiedy jest zła. Chyba dlatego właśnie lubię jej dokuczać. Wtedy się nie chowa.
Dobra. Postanowiłem!
Namówię Lunę, by poszła na dyskotekę.

1 komentarz:

  1. Witam :)
    Świetny rozdział :D Szkoda, że tak mało opisów (wiesz dla mnie zawsze jest mało opisów xD)
    Bardzo mnie rozbawił pomysł z tymi numerkami xD Naprawdę wydaje się świetny i zabawny ;)
    Weny życzę i zapraszam do siebie na nowy rozdział :)
    http://wszystkowygladainaczejnizmyslisz.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń